czwartek, 17 października 2013

Dog In The Fog- Synaptyczny Błąd



Nagraliśmy demo, był Jarocin, jest singiel. Gościliśmy też z wizytą w radio, trwa nawet mini trasa koncertowa obejmująca swym zasięgiem nawet miasta powszechnie uznawane za duże(wszystkie te fakty zostały opisane w poprzednich postach) Nie pozostało nam nic więcej, jak tylko pociągnąć to dalej i przejść przez wzburzone wody Rubiconu, tym bardziej, że nasze rodziny zaczęły oczekiwać jakichś realnych i namacalnych efektów i dowodów naszej ciągłej nieobecności w domach, którą to zawsze tłumaczyliśmy oddawaniem się służeniu sztuce i przekuwaniu energii kosmosu na dźwięki. Jeśli nic nie zrobimy by nie wyszło na to że bezcelowo siedzimy w sali prób i pijemy jedynie browary popalając od czasu do czasu papierosy z filtrem de lux to może się to skończyć odcięciem prądu lub czymś gorszym.
 
 
czynniki wspomagające prces twórczy:

 
Ruszyliśmy zatem wyrywnie do prawdziwego studia, by obnażyć swoje dusze i nasze umiejętności w nadziei na to, że wstydu sobie i znajomym nie przyniesiemy. Dzisiaj jeszcze za wcześnie mówić o rezultatach tej pracy bo nie chcemy ujawniać poszczególnych elementów tej układanki, wytrzymamy i pokażemy zainteresowanym całą płytę, taką jaką chcemy pokazać. Wszystko to poprzedzi kolejny singiel i teledysk. By zaostrzyć tylko apetyty, tradycyjnie przedstawiamy małą fotorelację z pracy w studio plus efekt finalny czyli utwór. Zaczynamy  zatem:

w szołbiznesie bez kombi nie ujedziesz

 
dobra panowie, wiem, że ładna pogoda jest, ale dopijamy i gramy, rzekł reżyser


początkujące gwiazdy rocka muszą same rozstawiać sprzęt

 
skoro Vintage Records, to wszystko było vintage...


nikt nie patrzy, to spojrzę ukratkiem w lusterko i potrenuję. O tak się będę wyginał w klipie oł jeee

 
o matko, perka nagrana, bas też, kiedy ja....

 
Kiedy: 28-29 września 2013
Gdzie: Vintage Records- Studio Porażyn
Co: cztery utwory: Kamień, Synaptyczny Błąd, Zawróć, Światła Lamp
Kto: Ryh, ShyMoon, Dino, sAIMon
Podziękowania: sAIMon!!!!, Szymon Swoboda, Grycz, Studio Stodoła za sernik i placek drożdżowy

nie pytaj co gitara może zrobić dla ciebie, tylko co ty zrobisz z nią


 
rock, to nie tylko granie, to słuchanie również


tylko realizator się wyznaje do czego to wszystko służy

 
kto kręci gałkami ten rządzi
 
 
input, output, zasilacz, kurde pomóż!


dziesiąty stopień zasilania

 
stroję, czyli gram

 
nie, RMF-u nie będę słuchał,zmienię stację na "trójeczkę"
 

chłopaki nie patrzą, to podłoże jakieś sample, ctrl c- ctrl v i już mam zwrotkę, ni epowinni zauważyć

 
solo życia

 
Wnioski:
 
Dino musi kupić nowy zestaw perkusyjny, bo ten który ma słabo się nagrywa i nie ma opóźniać werbla
Ryh jest w życiowej formie nie musi się o nic martwić poza tym na której gitarze ma grać bo obie są dobrze brzmiące
ShyMoon musi kupić sobie efekt do basu "Polish Love" zwany, dający takie pierdnięcie z basu, że teraz już basista wie czego szukał całe swoje muzyczne życie

z feelingiem panowie, o tak...


ale zaśpiewałem


 
Vintage metody w Vintage Studio


ale zagrałem

 
Dog In The Fog po spełnionej misji, meldują wykonanie zadania

 Efekt:

 
bonus:

 
Jak dla nas- petarda

poniedziałek, 14 października 2013

Closterkeller- Graphite

 
 
Dawno nie gościł tu Closterkeller, którego z uporem maniaka opisuję tu płyta po płycie. Robię to na szczęście nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że praktycznie większość muzyki jaka nagrali trafia do mnie po całości. Można im zarzucić, że praktykują skutecznie zresztą smutek stosowany, że każda płyta zawiera przewidywalny materiał. Może to i prawda. Co z tego skoro właśnie taki odcień ich muzyki kocham najbardziej. Paletę kolorów zespół po latach ma już szeroką i wielobarwną, a że nie jestem daltonistą i wydaje mi się, iż kolory rozrużniam to doceniam piękno każdego odcienia.
 
 


 
 
Grafitowy czyli w sumie do tej pory myślałem zawsze że to bardziej szary, ale skoro szata graficna sugeruje że to niebieski to niech i tak będzie. Piękny kolor i piękna płyta. Trudno jest mi dzielić ją na fragmenty lepsze czy gorsze. Dzieło pełne i skończone. W sumie zawsze wydawało mi się iż najmniej przepadam właśnie za "Graphite" to po latach rozłąki z takim graniem dzisiaj nie wiem o co mi chodziło, zatem "Graphite" stoi dumnie na półce obok "Purple", "Blue", "Scarlet" czy "Violet" i "Cyan", chociaż w tej chierarchi jest najniżej.
 
 
 
Pewnie mało oryginalny będę gdy uznam, iż numer z klipu powyżej to jedna z lepszych kompozycji jakie popełnił zespół na przestrzeni lat. No przebój. To co Anja zaczęła wygadywać po tej płycie lekko mnie zadziwiło, ale na szczęście okazało się, że zmieniła zdanie dość szybko. Chociaż może faktycznie nic lepszego od tego czasu nie nagrali. Mam na myśli oczywiście płyty jako całość, a nie dające się wykroić z nich fragmenty.
 
 

 
 
 
 
 
no i to by było na tyle

sobota, 12 października 2013

Tymon & The Transistors- Don't Panic! We're From Poland

 
Można się pogubić w tym labiryncie tymonowych zespołów, płyt i projektów. Dzisiaj znów Tranzystorsi, chociaż ta płyta mogłaby również być nagrana pod każdym innym szyldem. Ta muzyczna prozycja Tymona bardzo mi odpowiada. W końcu utwory podane są w dobrych proporcjach, albo w takich jakie ja lubię. Jest trochę melancholii, trochę rockowego czadu i troszkę odlotów. Czyli tradycyjny misz masz w dobrych, wyważonych porcjach. Melancholijne fragmenty cudne, czady ostre i zadziorne, a odloty psychodeliczne i odleciane. No nic więcej tylko brać i słuchać.
 
 
A pomyśleć, że na początku moich zażyłych relacji z tą płytą nie znalazłem w niej tego o czym teraz piszę. A dzisiaj proszę. Powoli dostrzegam ewolucję mego słuchu i gustu. "Don't "Panic We're From Poland" nie kładzie mnie na łopatki tak jak to zrobiła i robi nadal " Songs For Genpo, do której zresztą jeszcze muszę kiedyś wrócić, ale słucha się bardzo miło i momentami wchodzę w stan upojenia płytowego.
 
 
Do najznamienitszych fragmentów drugiej tranzystorowej płyty zaliczam: Morze, Plaża, Słońce, wzruszyłem się, aż poczułem ten piasek i słońce dajmy na to kołobrzeskiej plaży, piszę kołobrzeskiej, bo to chyba ostatnia plaża na jakiej byłem. Drugim smacznym kąskiem jest tytułowy Don't Panic We're From Poland absolutnie przepiękny. Coś czuję, że będę musiał albo przedłużyć ten tydzień z Tymonem albo go przerwać. Nie sposób ogarnąć ogrom jego twórczości w kilka dni. Słucham go słucham codziennie i już powoli mam ochotę wyrwać się z okolic Trójmiasta i spenetrować inne miejsca na muzycznej mapie naszego kraju czyli posłuchać czegoś innego. Jeszcze się nad tym zastanowię co zrobić dalej.
 
 
Podjąłem decyzję, następny post nie będzie o Tymonie. No chyba, że ktoś bardzo będzie chciał. Zresztą w preszłości dalekiej i tej bliskiej popełniłem już kilka wpisów o nim.

środa, 9 października 2013

Czan- Samsara

 

nie mam lepszego skanu okładki bo płyty fizycznie nie posiadam
 
Kompletnie dziwna płyta, nie za bardzo zrozumiałem jej przesłanie. Kolejny błysk Tymonowej wszędobylskiej kracji muzyka totalnego, który nieczego grać się nie boi. Granie na poważnie, bez jaj. Mimo iż takiego Tymona cenię i lubię to osłuchać się z ta płytą nie zdażyłem. Są tu fragmenty bardziej i mniej przyswajalne. Najbardziej brakuje mi takich rzeczy po środku, czyli ambitnie ale jednak z nutką przebojowości. Momenty transowe jak najbardziej wprowadzają w trans, momenty liryczne wyciskają łzy, natomiast fragmenty mocno rockowe tutaj mnie wkurzają. I bądź pan mądry i napisz mądrych zdań kilka o tej płycie.
 
 
 
Chyba, że odrzucę to że to rockowy zespół, wtedy powiem sobie, okej panowie grają yass, którego nie kumam. Dobra dośc z tymi rozważaniami o istocie muzyki. Tak czy inaczej jest to  płyta ciężka w odbiorze, jednak z każdym kolejnym przesłuchaniem raczej zyskuje niż odpycha. Osobiście najbardziej odpowiada mi takie ujęcie dźwięku jakie Tymon zaprezentował w numerach "Śmierć Przychodzi Co Dzień" oraz odlot "The Practice" i "Not For Real". Takich rzeczy powinno być tutaj jeszcze więcej.
 
 

 
łącznik
 

poniedziałek, 7 października 2013

Kury- P.O.L.O.V.I.R.U.S.

 
 
Powszechnie wielbiona i uznawana za jedną z ważniejszych płyt lat dziewięćdziesiątych. Jestem rozwalony. Z jednej strony świetne ponadczasowe teksty, z wersami predysponującymi do klasyki polskiej poezji, a z drugiej strony muzyka w większości dla mnie nie do przyjęcia. Rozumiem, puszczane oko do wymagającego inteligentnego słuchacza. Jestem nawet wstanie załapać humor wysokich lotów jaki wypływa z każdego utworu, ale nie mogę przełknąć takich muzycznych odlotów jak utwór numer jeden czyli "Śmierdzi Mi z Ust". Uwielbiam "Jesienną Deprechę" za tekst, bo chyba wszyscy za to ją uwielbiają i czczą, ale znów ten muzyczny pastisz powoduje chęć jednorazowego przesłuchania tego utworu i to jedynie dla tekstu.
 
 
Widzę i czytam jacy znani instrumentaliści brali udział w nagraniu tego klasyka, ale pewnych rzeczy ze spokojem przełknąć nie mogę, chociaż bardzo bym chciał. Tępy aż tak raczej nie jestem i domyślam się, że Tymon zamierzał przelecieć się po wszystkich znanych mu i dostępnych gatunkach muzycznych i im dowalić, a że facet bysty i inteligentny jest, to nie sprawiło mu to problemu by odnaleźć się w każdym z parodiowanych stylów. I tak też wygląda ta płyta. Niby wygłup, a inteligentny, niby głupie teksty, a oddające idee i znaki szczególne danego nurtu. Prześmiewcze, cholernie inteligentne. Mam wrażenie że to płyta bardziej dla eurydytów i socjologów rocka, niż dla przeciętnego odbiorcy dźwięków wypływających po wprawieniu w drżenie sześciu strun.
 
 
Zamiast jednak wylewać pomyje na utwory, które niekoniecznie do mnie przemówiły, zajmę kilka wersów wypełnionych słowami kilka też poświęce na docenienie tej części tego materiału, który jak najbardziej mieści się w mojej tolerancji i dzięki którym wogóle piszę o tej płycie. Monumentalne fragmenty tej przedziwnej płyty to zapadające w pamięć po wsze czasy następujące utwory:
 
 
 
 
 
 
To absolutne perełki, tekstowo- muzyczne. Bez nich byłbym smutniejszy i uboższy. I tak jest nieźle, kiedyś bardziej pojechana ta płyta mi się wydawała i bardzo długo jej nie słuchałem i nie mogłem jej słuchać. Jednak z biegiem czasu, coraz dłuższe fragmenty tego misz maszu do mnie przemawiają. Boże, jak ja powoli dojrzewam. Czuję, że do Mozarta, Bacha i innych bezgitarowców chyba jednak już nie zdażę dojrzeć, a może chłopaki niezłe numery tworzyli i tyle dobrej muzyki przez moją niedojrzałość tracę.
 
 
No i okładka też mi się nie podoba, wręcz mnie denerwuje. Skoro tak żąglują stylami, formą i dźwiękiem to mogliby się również do okładki bardziej przyłożyć. Powszechny zachwyt nad dziełem widoczny w obu recenzjach. Okazuje się, że w Polskce są sami znawcy Zappy i jego twórczości, którzy poszukują ech jego muzyki i z Ryszarda robią polskiego klona Franka.

 
Skoro właśnie obchodzimy tydzień z twórczościa Ryszarda Tymona Tymańskiego, to polecam tą rozmowę. A już jutro kolejna odsłona kameleona polskiej sceny muzycznej czyli Tymon i jego różne "ja".

niedziela, 6 października 2013

Tymon & The Transistors- Bigos Heart

 

Jeszcze niedawno pisałem, że prerabiam twórczośc Tymona na nowo. Tak więc nie mogło to pozostać bez echa i bez jakiegokolwiek pisanego słowa na blogu. Zacznijmy zatem przegląd różnych wcieleń tego barda z wybrzeża. Skoro bigos, to mamy tu wszystkiego po trochu, trochę starych numerów z poprzednich formacji lidera podanych na nowo. Ten nowy sposób serwowania objawia się bardzo łagodnym sosem jakim został ten bigos podlany. Mało tu instrumentalnych odlotów i szaleństwa znanego z innych wcieleń Tymona. Bardzo przystępne granie, momentami wręcz popowa nuta godna list przebojów.
 
może nie najlepsza rzecz na tej płycie, ale z klipem. Nostalgiczny Tymon
 
 
Nie jest to zarzut, bo jeśłi chcę odlotów to włączę sobie każdą inna płytę w której maczał palce Ryszard Tymański. W myśl powiedzenia, że wszystkie Ryśki to fajne chłopaki, to wszystko co Ryśki nagrały też jest fajne. I taka jest ta płyta. Sympatyczna, może nie porywa mnie tak jakbym tego chciał i oczekiwał, ale posłuchać można. Podoba mi się to w twórczości tego pana to że może zagrać wszystko i ma w dupie czy gra jazz, rock, pop, jass. Wszystko mu wychodzi.
 
 
Nie spodziewałem się takiej płyty, z takimi brzmieniami i harmoniami. Wolę jednak Tymona szaleńca, który nie trzyma się żadnych zasad. Fejwrytnym momentem na bigosie jest "Drugs" oryginalnie pochodzący z pięknej płyty Tymona i Trupów- "Songs For Genpo"

czwartek, 3 października 2013

Apteka- Narkotyki


 
W moim małym mieście jest chyba dziesięć aptek. Niezły to wynik jeśli spojrzymy na liczbę mieszkańców miasta. Świadczy to o tym, że nasi rodacy uwielbiają się leczyć i wydawać pieniądze na różnego rodzaju specyfiki poprawiające i naprawiając zarówno zdrowie jak i humor. Ja również jestem stałym bywalcem aptek, ale w aptekach, w krótych ja bywam stały dyżur za ladą ma Jędrzej Kodymowski, kóry oferuje mi dopalacze.
 
 
Ta płyta zmieniła moje młodzieńcze muzyczne życie, w którym do tej pory wszystkie zwrotki były ładne, refreny zgrabne, a solówki melodyjne. Tu dostałem rockową trójmiejską psychodelią po uszach i od tej pory rock nie był już dla mnie tym samym zbiorem dźwięków. Co prawda delektowałem się już ich pierwszym odlotem czyli "Big Noise" ale to tutaj Kodym w końcu chyba trafił na dobry towar w mieście i nie zawahał się go użyć. Pochłonęły mnie te przestrzenie gitarowe i wolny przemiał treści w warstwie wokalnej.
 
 
Genialny swego rodzaju nawet przebój był to onegdaj. Wejście solówki i zresztą ona cała nadal przyprawia mnie o dreszcze. Petarda! Nie ma tu rzeczy niepotrzebnych, za długich, nudnych. Całość eklektyczna odjechana, na maksa wyluzowana, bez chorych ograniczeń co do formy i stylu. Zagrali co chcieli i jak chcieli. Sam się zdziwiłem i zadałem sobie dzisiaj, pytanie słuchając tej płyty w samochodzie, że chyba jeszcze o niej nie napisałem, a wydawało mi się, że wszystkie najważniejsze płyty już praktycznie tu zamieściłem.
 
krótki przegląd twórczości Apteki
 
 
Jezuuu

Lata mijają, a "Narkotyki" ciągle ze mną. Przecudnej urody akystyczna miniatura Freedom rozczłonkowuję moją głowę, bez umiaru słucham tego numeru popijając zimnego drinka sporządzonego według przepisu głównego ideologa polskiego związku aptekarzy. Upojony tą duszną aurą kładę się na łóżku, a głowie w której kręci się od nadmiaru galaktyk ujrzanych podczas nocy wizji towarzyszy Puma. Muszę otrzeźwieć, by usiąść do skanera i wrzucić kolejną porcję archiwalii.
 
 
To jedna z dziesięciu najważniejszych moich polskich płyt. To już chyba sto szesnasta płyta, o której tak piszę, ale ta naprawdę jest w pierwszej dziesiątce. Posiadam jedynie reedycję z beznadziejnymi okładkami, tą o której pisałem już przy okazji The Noje Dada. Takie to marne graficznie, że aż wstyd mi tutaj wstawiać zdjęcia tej płyty. Kasetę SPV zapewne sprzedałem będąc w euforii po rewolucji cyfrowej, gdy zamieniłem ten szumiący nośnik na empetrójkę. Teraz jeno wspomnienie po tej kasecie mi zostało.