Największe konfjużyn z tą płytą to mam ja, bo nie jest to aż taka dobra jakbym chciał, ale nie tak słaba jak myślałem. Poznałem ją w sumie niedawno, jeśli za niedawno można uznać okres początku tego stulecia. I nie jest to muzyka za jaką przepadam najbardziej. W sumie nie spodziewałem się bo tych nazwiskach, że bedą grali pełnokrwistego rocka, ale spodziewałem sie troszkę większej różnorodności. No i tu właśnie mam ten dylemat, bo z drugiej strony całkiem przyjemnie się tego słucha.
Doskwiera mi nieco brak wokali, ale jak już wspomniałem jest to płyta bardziej jazzowa z pogranicza może, ale jednak jazzowa, więc zazwyczaj w tego typu nagraniach nikt nie zaprząta sobie głowy wokalem. Płyta brzmi tak bardzo po polsku, co nie jest zarzutem a znakiem charakterystycznym Ot taki krążek, który wrzucę sobie raz do roku w celu przełamania rockowej stagnacji i dominacji.
Na niedzielny ból głowy, na stresy tygodnia, co jakiś czas muszę włączyć sobie muzykę inną od tej, z którą obcuję na co dzień. Oprócz światowych tuzów i klasyków spokojnego i dobrego popu, od czasu do czasu znajdzie się też czas i mijesce dla naszej rodzimej wykonawczyni. I tu niespodzianka, bo tą płytę kupuje w całości, no z małymi wyjątkami. Kayah w wybornej formie. Pisałem zresztą osobny post o jej drugoplanowym udziale jako chórzystka na różnych płytach, pisałem też o płycie "Zebra", równie dobrej co dzisiejszy bohater czyli "Kamień"
Nie zamierzam skupiać się jedynie na roli wokalistki na tej płycie, bo to co się dzieje za nią zasługuje również na ogromne uznanie. Świetnie słucha się tej muzyki. Znakomicie zagrane i zaaranżowane numery. Mnóstwo znakomitej rockowej gitary, kupę smaczków. Jestem pod wrażeniem. No proszę do meojej zakutej rockowej mózgownicy docierają także inne dźwięki. A wiecie, że pierwszy raz widzę te klipy? Myślałem, że jedynie najsłabsze na płycie "Fleciki" były okraszone obrazkiem ruchomym.
W końcu oisałem jakąś płytę, którą po prostu lubię, bo to co słuchałem ostatnio pod kątem tego co mógłbym opisać i umieścić na blogu, nie nastroiło mnie raczej optymistycznie. Te wszystkie Kulty i inne płyty relatywnie nowe, które ostatnio dla świętego spokoju przesłuchałem z bólem duszy i uszu powoli mnie przekonują do stwierdzenia, że chyba wszystkie dobre polskie płyty, które kocham już zamieściłem na blogu i coraz częściej i więcej opisuję rzeczy, których nie trawię, nie słucham. Nie takie były założenia tego blogopisarstwa. Pomyślałem zatem, że rozszerzę zakres swojeo działania i będę też pisał o płytach zagranicznych. Kiedy? Jak tylko uporam się z resztą polskich rzeczy, które jeszcze z siebie muszę wypluć i nabazgraż o nich kilka nieskładnych zdań.
Tej płyty nie powinno tutaj być. Najzwyczajniej w świecie marność nad marnościami. Jak na zdjęciach poniżej makuje jak podła whisky, którą trzeba przegryzać tortem. Złośliwym w stosunku do Kultu jest mi niezmiernie ciężko ale udawać nie zamierzam. Nie dość, że kompozycje nijakie to jeszcze Kazik z kompanami wykombinowali sobie, że zostana big bandem i zaproszą rozbudowaną sekcję dętą do swojego zespołu. Gitary nie słychać prawie wcale, wszędobylskie trabki, sakofony, puzony i bóg wie co jeszcze skutecznie zagłuszają resztę kultowej melodyki.
Na szczęście płyta nie jest moja, więc pieniądze, które wydałbym w nadziei na dobrą płytę Kultu, a potem się srogo zawiódł, mogę przeznaczyć na coś bardziej wartościowego. Jedynym broniącym się fragmentem jest utwór tytułowy z niezłym riffem i dęciakami, które na szczęście mnie akurat w tym wypadku nie irytują aż tak bardzo.No to ma moc. Poczułem się przez chwilę jak za dawnych dobrych czasów. Nie mam nic do Kazimierza i Kultu, niech robią swoje. Mają taką renomę, że zawsze ich płyty będą dobrze oceniane, a koncert wyprzedane. I dobrze. Ja nie idę prosto. Idę jak Deriglasoff- w bok.
Otóż młodzi słuchacze i czytelnicy. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę z faktu, iż kiedyś zespołu Perfect dało się słuchać i co więcej nawet dobrze grali, a nawet czasem bardzo dobrze! Niestety te czasy mineły bezpowrotnie, a Grzegorz Markowski, mimo iż zapewniał nas, że wie kiedy ze sceny należy zejść niepokonanym, to nadal na niej tkwi.I pokonał się już chyba sam.
Jak do tej pory to ich najbardziej i najdłużej zapamiętałem ze wszystkich dotychczasowych talent szołów. Koleś na wokalu obłędny z tą bujną czupryną, szoł w programie znakomity, brzmienie potężne. Później zobaczyłem ich klipy i inne nagrania usłyszałem i raczej się zawiodłem. Większość tej magii gdzieś uleciała. Pozostaje mi jedynie wracać do tych chwil. Czyżby potęga telewizji?
Myślę sobie, że nie dam rady wysłuchać tej płyty w zaciszu domowym, więc pomyślałem, że zrobię to w samochodzie podczas porannej podróży do pracy. Daleko do pracy nie mam więc założyłem, że przesłucham tej płyty w jeden dzień. Rano na świeżo połowę i po południu na wkurwieniu jak będę wracał z koncernu.
Jak pomyślałem tak zrobiłem. Zaznaczę jeszcze, że ta płyta jest pożyczona, bo raczej bym sobie sam z siebie damskiego pop rocka nie kupił. Potraktowałem tą płytę jako ciekawostkę i wyzwanie. Przecież wszyscy raczej ciepło się wyrażali i nadal to robią o tym wydawnictwie. Jadę więc sobie muzyka leci. Słyszę głos jak z epoki big bitu, granie równie bigbitowe chociaż współcześnie brzmiące.
Na tym właściwie swoja opowieść mógłbym zakończyć bo muzycznie kompletnie nic mnie nie poruszyło. Nie usłyszałem ani jednej rockowej frazy mogącej ocieplić moje zmarznięte rockowe serce. Nadmienię, że po południu słuchało mi się tej płyty jeszcze gorzej.By oddać partyzancość tej sytuacji zdjęcia robiłem telefonem podczas słuchania tego krążka.
Nie wiem dla kogo jest ta płyta. Może tylko dla samej Ani Rusowicz, bo fani big bitu raczej sięgną raczej po nagrania z epoki, a dla współczesnych taka muza będzie zbyt archaiczna. Nie wiem może się mylę, ale wiem jedno. Polski współczesny żeński pop nadal mnie nie przekonuje. Dobrze, że wożę ze sobą prasę muzyczną bo czasem na zamkniętym przejeździe kolejowym mogę nadrobić czyetlnicze zaległości. Cały dzień z muzyką. Zwariować można.
O Closterkeller napisałem juz bardzo wiele jeśli nie wszystko. Nie mogę jednak przemilczeć utworu, który w zasadzie jest bonusem i nie jest traktowany jako pełnoprawny członek dyskografii. Mnie za to ten numer bardzo wchodzi zarówno w wersji elektrycznej jak i akustycznej.
To że Anja Orthodox ma poczucie humoru przekonałem się kilkukrotnie uczestnicząc w jej koncertach, na których liderka zespołu brylowała zarówno wokalnie jak i potrafiła nawiązać znakomity kontakt z publicznością sypiąc tekstami, którymi rozbawiała publikę. No proszę taki smutny gotycki zespół, a utwór raczej żartobliwy. Tak więc oprócz uczestnictwa w uczćcie muzycznej polecam również konfenansjerkę królowej nocy między utworami.