Serce me szlocha, dusza ma łka. Takich płyt są setki jeśli nie tysiące. Płyty dobre, przyzwoite, świetnie nagrane, świetnie zagrane. Wokalista robi co trzeba widać i słychać, że wpasować może się pan w każdą konwencję i razem z pozostałymi muzykami dwoją się i troją by wzbudzić mój zachwyt. Jednak brakuje jednego. Dobrych kompozycji. Po pierwszej wyjątkowej płycie, którą chwalę się każdemu i wszędzie w cyklu: „…cudze chwalicie, swego nie znacie…” spodziewałem się rozwinięcia tych wątków.
Otrzymałem płytę odartą z takich emocji jakie towarzyszyły mi przy „Therapy of Tyrany”. Otrzymałem dobrą płytę, ale przymiotnik dobry mi nie wystarcza. Kupiłem płytę w ciemno, nawiasem mówiąc bardzo ładnie wydaną, może dałem jej za mało czasu, może o kilkanaście razy za mało ją przesłuchałem. Może za jakiś czas odszczekam te słowa, bo mnie natchnie i materiał ten przekona do siebie. Na dzień dzisiejszy wzburzenia słowa kieruję do zespołu. Panowie! Szkoda!