Lech Janerka. Mistrz muzyki trudnej i wymagającej. Mistrz
słowa i skomplikowanych paralel myślowych. Nieliczni błogosławieni, którzy jego
twórczość rozumieją. Długo byłem niewrażliwy na jego płyty, co zresztą zawsze podkreślam
pisząc o jego płytach. Nie chwaląc się, ale im jestem starszy tym bardziej jego
muzyka zaczyna do mnie trafiać i mnie przenikać. Nadal nie jest łatwo i żadna
płyta nie trafia do mnie od razu, bo trafić nie może. Muzyka intymna,
introwertyczna do przeżywania bardziej niźli słuchania. Po tym wstępie mogę ze
spokojem napisać kilka zdań o płycie „Plagiaty” ostatniej jak do tej pory
studyjnej odsłonie mistrza gitary basowej i poezji rockowej.
Sięgnąłem po tą płytę wyjątkowo późno, bo zniechęcił mnie singlowy
„Rower”, którego do dzisiaj zresztą nie zrozumiałem i nie polubiłem. Reszta
płyty to chciałoby się rzec tradycyjnie janerkowy repertuar. Nie ma więc sensu więcej pisać o tej muzyce, bo janerkowcy i tak ją znają i kochają, a ci co do Janerki nie dorośli i tak po nią nie sięgną. Ja jestem gdzieś po środku. O esu, to już dziesięć lat minęło od wydania tej płyty?