środa, 11 stycznia 2012

Dżem- Magazyn Mód


Dawno tego nośnika nie było na blogu. Dzisiaj kaseta Dżemu, i jeśli dobrze pamiętam bardzo dobrze była ona nagrana,  a co za tym idzie z przyjemnością się jej słuchało. Tradycyjnie zmieniona okładka w stosunku do oryginalnego wydawnictwa z lat osiemdziesiątych.

Taki Dżem smakuje mi najbardziej. Bardzo smaczna muzyka i teksty. Praktycznie słabych momentów brak. Bardzo spójne to wszystko muzycznie, a tekstowo straszna dolina. Idealnie pasuje to wszystko do Dżemu bo trochę tu ostrego grania, trochę country, kilka wolniejszych utworów, właściwie wszystkiego, czyli dżemowy miks.


Właściwie co tu pisać o takim zespole, skoro wszyscy wszystko  o nich wiedzą. Nie wiem czy ten tekst Riedel napisał sam, czy ktoś to zrobił za niego, ale uwielbiam właśnie za to "Magazyn Mód". Tekst aktualny do dzisiaj, i z przyjemnością zadedykowałbym go kilku swoim dalszym, lub bliższym znajomym i jeszcze paru innym ludziom, których znam lepiej lub gorzej.



O samej płycie, muzyce i tekstach niech opowie Ryszard Riedel:





recenzja i oryginalna okładka płyty:



A na koniec krótkie oświadczenie zespołu:




























poniedziałek, 9 stycznia 2012

Martyna Jakubowicz- Pewnej niedzieli


Taką Martynę Jakubowicz jak w tym utworze to lubię najbardizej, nie folkową , nie smęcącą z gitarą, tylko właśnie taką, melodyjną, rockową, z pazurem. Za wiele tych Martynowych utworów, które mi odpowiadają to nie ma. Poza opisywanym już utworem Miecz i kij, jest ich naprawdę niewiele

Ten utwór pochodzi z jednych z pierwszych sesji jakie Martyna Jakubowicz zarejestrowała w towarzystwie zespołu Robotnik Sezonowy. Ten i jeszcze kilka innych utworów, nagrano dla programu telewizyjnego E- 81. W życiu nie widziałem tego programu aż do wczoraj, gdy w telewizji Pan Szewczyk i Maria Szabłowska w swoim programie "Wideoteka dorosłego człowieka" gościli Johna Portera i Anitę Lipnicką, zobaczyłem fragment nagrania Porter Bandu i napis głosił pod utworem że utwór pochodzi z tego właśnie programu.


Nie wiem czy ten utwór, w tej właśnie wersji jest dostępny gdzieś na jakiejś plycie, ale ta wersja jest znakomita.

Artykulik pochodzi z 1983 roku.

niedziela, 8 stycznia 2012

Flapjack- Whooz Next


Flapjack rządził. Obie płyty to świetne produkcje z rejonów mocniejszego grania, a wszędzie są paluchy Litzy. Jak już pisałem lubię generalnie wszystko co powstaje z jego udziałem. O pierwszej płycie i o statusie Flapjacka w moim muzycznym życiu już pisałem stąd ani słowa dzisiaj o tym aspekcie tej muzyki. Niech chłopaki się sami wypowiedzą o swojej drugiej płycie


To była kasetowa era. Podczas swoich cotygodniowych wyjazdów do wielkiego miasta clem pobierania nauk zamiast ciuchów zabierałem ze sobą kilkanaście kaset, które potem katowałem cały tydzień, no chyba, że sobie coś kupiłem nowego. Kaseta "Fairplay" znakomicie sprawdzała się podczas przemieszczania się po mieście środkami masowej komunikacji. Była to kaseta z Metal Mindu, a te miały to do siebie, że brzmiały piekielnie dobrze, dynamicznie, mało szumów. To był dramat kupić nowa kasetę z fajną płytą na mocno szumiącym i słabo brzmiącym nośniku. Nie to co teraz, wszystko dostępne na płycie kompaktowej albo w empetrzy.

jeśli chcesz kupić dobrego walkmana kasetowego, byś był zadowolony z dźwięku musisz zapoznać się z tym artykułem:



Ten numer powoduje nadal u mnie stan jak określił to Fisz- "...30 centymetrów ponad chodnikami". Genialne dęciaki dodają jeszcze więcej energii tym riffom. Rockowa jazda i bujanie w najlepszym stylu.

Jakiś czas temu nabyłem tego oto singla kompaktowego i znów na kilka dni Flapjack był przeze mnie najczęściej puszczanym polskim bandem.



Do dzisiaj uważam, iż okładki pierwszych płyt Flapjacków, to mistrzostwo świata. Uwielbiam ten sweterek z cyframi i odcisk buta każdego nastoletniego rockera (pierwsza płyta). Jak dla mnie jedne z lepszych okładek polskich płyt.

Jeśli jeszcze ktoś nadal nie wie jaki sprzęt wybrać polecam ten artykulik z krótkim opisem poszczególnych modeli i z podanymi cenami.

sobota, 7 stycznia 2012

Snowman- CarATea (demo)


Ten zespół przez moment przywrócił mi wiarę w to, że nowe, młode zespoły mogą jeszcze mnie zaskoczyć i rozłożyć na łopatki swoją twórczością. Ale od początku. W moim mieście nic się nie działo i zresztą nadal nic się nie dzieje. Jak sobie sam nie zagrasz to nic ciekawego nie usłyszysz. Ale był króki czas, że jeden z pubów zaczął zajmować się promowaniem "żywej muzyki". A to grały lokalne bandy i składy, a to zorganizowano festiwal kowerów, czy małe koncerty z udziałem zaproszonych zespołów. W jeden w takich sobotnich wieczorów w klubie tym zagrał zespół Snowman. Poszedłem na koncert ze swoją ekipą, bo jak pisałem nic się tu nie działo, więc jakikolwiek koncert był wydarzeniem na miarę obalenia muru berlińskiego.


Miałem czysty umysł i to co usłyszałem i zobaczyłem mi ten umysł zaraziło. Kompletnie nie spodziewałem sie takiego grania. Oprócz samej muzyki z zespołem "zagrała" vj-ka. To połączenie muzyki z obrazem było genialne. Ciężko opisać tą muzykę, leniwe tempa, dużo przestrzeni i nastroju, psychodelia, smutek, niepokój. Idealna muzyka do bycia samemu ze sobą. Bez sensu wymieniać te okreslenia, lepiej słuchać:


Długo czekałem na ich debiutancką płytę, mając jedynie ich demówkę, która zawładnęła moim odtwarzaczem na długie miesiące. I co? Płyta kompletnie inna niż demówka. W sumie można było się tego spodziewać, bo tak zazwyczaj jest. Jednak w tym wypadku wersje z debiutanckiej płyty nie mają tego czaru i tyle. Nie mogę niestety tej płyty słuchać.



Byłem jeszcze na ich koncertach i każdy miał równie ogromną moc co ten pierwszy. Muzyka i prezentacja multimedialna idealnie wpasowana w klimat. Dużo przestrzeni i improwizacji.




Ten debiut tak mnie uprzedził do nich, że przestałem śledzić tego co robią dzisiaj. Może kiedyś. Na tą chwilę słucham po raz kolejny demówkę i odlatuję.

czwartek, 5 stycznia 2012

Hey [sic!]


Właściwie to pisząc o tym zespole powinienem zacząć od płyty "Fire" lub "Ho!" No bo przecież pierwsza płyta Heya, to kamień milowy polskiej muzyki rockowej.

kamień milowy


Przed zespołem Hey chylę czoła, chociaż patrzę też na nich trzeźwo i potrafię przyznać się z łatwościąprzed samym sobą i powiedzieć, które ich płyty są znakomite, a których nie rozumiem, czy też które są w moim prywatnym rankingu po prostu słabe. Słabsze ich rzeczy to „Karma”, „Stop”, i ostatnie ich produkcje. Może inaczej, nie są to słabe płyty, lecz ja tam nic nie znajduje, nie znajduję tego w tych dźwiękach, czego szukam od zawsze w muzyce.



[sic!] to jedna z ostatnich ich płyt Heya, którą bardzo lubię i słucham jej całej i to nawet stosunkowo często. Przełomowa to płyta, bo w nowym składzie bez Banacha, nowa płyta w nowym stuleciu. Bardzo rockowa. Teksty naszej pierwszej w kraju poetki rocka jak zwykle na najwyższym poziomie. Jedna z niewielu kobiet, której teksty odbieram osobiście mimo, iż z krwi i kości facetem jestem. Praktycznie w każdym tekście mogę odnaleźć mały fragmencik siebie, fragmencik swojej pokręconej głowy. Przykłady?

Kasia na barykadzie?



Albo to, świetnie ujęta potrzeba bycia sam na sam chociaż przez chwilę




















A tu chyba ulubione moje wersy tej płyty:













Nosowska tekściarka ma w sobie taką moc, że nawet gdy muzyka mi się nie do końca podoba to zawsze zadaję sobie trud by posłuchać jej tekstu, tego co chce mi powiedzieć i jaki morał jej opowieści znajdę na końcu. Dość już o tekstach, bo zapewne powstało już kilka prac magisterskich lub doktoranckich o jej tekstach.


Wróćmy do muzyki. Już pisałem, rockowa to płyta. Świeża, gitarowa. W każdym utworze bardzo dużo się dzieje muzycznie. Dobrze wyważone proporcje pomiędzy mocnymi, ostrzejszymi utworami, a łagodnymi, przytulnymi wręcz fragmentami. Dobrze mi się takich połączeń słucha. Te czterdzieści parę minut nie nudzi się i absolutnie chce się jeszcze raz przesłuchać tych kawałków. Myślałem, że bez Banacha nie ma Heya. Na szczęście to rozstanie wyszło obu na dobre. Hey jest Heyem, a Banach robi znakomite rzeczy nadal.


Jedna z ulubionych płyt mojej żony, czyli jednak kobiece teksty. Płyta też jest jej. Pożyczyła.


Dziwi znaczek MTV na okładce. Jeszcze wtedy grali w tej stacji muzykę?

środa, 4 stycznia 2012

Bajm- Ja


Co za obciach, znów Bajm u mnie. Taki ze mnie rockowiec . Ten utwór chyba jeszcze lepszy od opisywanego kiedyś Małpa i ja. Znakomicie mi się tego słucha, być może to skojarzenie nie na miejscu, ale klimat nawet Sade mógłbym tu na siłę zauważyć. Kompletnie inna kompozycja od tego, co ten zespół gra, czy też grał i z czym jest kojarzony.



Nie znałem do tej pory tej płyty, a znalazłem tu jeszcze jeden znakomity utwór i do niego jeszcze wrócę za jakiś czas. Zaskoczył mnie jeszcze w tym przypadku skład, jaki nagrywał tą płytę. Proszę proszę, Franz na basie, młody Nalepa i Joriadis. Takiego pop rocka mi trzeba i takiego popu mi brakuje.






rozmowa z epoki

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Ziyo- Nr 1, No 2, No 3, Nr 4


W czasach gdy słuchało się "dzieła muzycznego" od początku do końca, w czasach gdy kolejność utworów miała znaczenie, bo taką a nie inną obrał sobie artysta, gdy ważne było rozpoczęcie i zakończenie płyty wielką wagę przywiązywałem do kompozycji noszących miano Intra. Intro i outro spinało w klamrę płytę, wprowadzało w nastrój płyty, dawało czas by się przygotować do obcowania czasem  z czymś wielkim. Czasem intro płynnie przechodziło w pierwszy utwór. Kiedyś...

Teraz gdy i tak płyt nie słuchamy jako całości, tylko jako zbiór singli i dowolnie mieszamy sobie w kolejności to utwór  taki stracił na swym znaczeniu.

Na szczęście jest w mojej kolekcji jeszcze kilka płyt, których słucham w całości, a utwory otwierające te płyty, właśnie jako intro są bardzo mocnymi i ważnymi fragmentami danych płyt. Mowa tu płytach zespołu Ziyo na punkcie którego mam lekkie zboczenie, co nie zmienia faktu, że cztery pierwsze otwieracze ich płyt to coś więcej niż kilkudziesięciosekundowe wybrzmiewające dźwięki, wata wypełniająca czas płyty czy też kolejny indeks na wyświetlaczu odtwarzacza. To pełnowartościowe kompozycje z emocjami, klimatem nastrojem. Z każdej z tych kompozycji można by zbudować utwór w  niczym nie ustępujący pozostałej zawartości płyty. Te miniaturki muzyczne mają ogromną moc i wartość.


Na pierwszej płycie Ziyo jest więcej takich krajobrazów muzycznych, idealnie wpisuje się w klimat płyty. Piękna rzecz, piękna płyta, która do dzisiaj się nie zestarzała w żadnej swojej sekundzie. O tej płycie będę jeszcze pisał bo to jedna z ważniejszych dla mnie płyt.














Narastający klimat, narastające emocje, przed natarciem najbardziej rockowego albumu tej formacji















 
Idealnie wpasowany w całośc płyty- integralna część nastepnego utworu.



















Mimo tej koszmarnej okładki to ostatni dobry wstępniak zespołu

















Przesłuchanie Jurka