wtorek, 11 marca 2014

Play- Forever

 
 
Skoro zacząłem przegląd płyt, których nie słucham, to dzisiaj kolejna z nich. Spodziewałem się zupełnie czegoś innego. wiedziałem, że będzie popowo, ale myślałem że będzie to taki polski trip hop, albo coś tym stylu. Nie wiem dlaczego tak sobie wkęciłem. Naczytałem się recenzji, czy w radio coś usłyszałem. Jeśli słyszałem to w takim razie jakieś strzępy muzyczne musiały to być. Okładka fajna, wydawca SP Records, więc oczekiwałem czegoś lepszego. A tu po prostu trochę nijaka popowa płyta.

Nie jestem stąd

 
Trochę zbyt leniwe i nudnawe to granie. Moźe gdybym był świeżo zakochany albo przezywał rozstanie i do tego miał siedemnaście lat to może wtedy w jakiś sposób ta płyta mogłaby na mnie podziałać. Dobra nie będę się już pastwił nad tymi utworami. Za to mojej małżonce to wydawnictwo się podoba. To dobrze, przynajmniej nie zmarnowałem pieniędzy. Byleby tylko nie słuchała tego w mojej obecności.
 

 

 



sobota, 8 marca 2014

Panzer X- Steel Fist

 

No tak, mega uwiąd starczy. W tym gatunku już powiedziano wszystko i nic nowego nie da się wymyślić. Po raz kolejny dałem się uwieść magii nazwisk. Peter z Vadera, Kupczyk z orderem. Nic to nie dało. Moje uszy wyeksploatowały się na thrash rock metal. Każdy utwór to galopada bez sensu opatrzona wysokim wokalem Kupczyka. Nie moja to stylistyka. Co gorsze nie można nawet na niczym ucha zawiesić. Żadnego dobrego, zapadającego w ucho riffu. Nic, ani refrenu przełomowego.
 
 
Od początku do końca jazda na tych samych obrotach niczym mój Opel w dieslu perkusja klekocze jednostajnie. Gitary brzęczą jak uparta mucha latająca obok mojego posiłku. Płyta jedynie dla fanatyków gatunku bądź dla tych dla których Grzegorz Kupczyk i Piotr Wiwczarek są idolami.
 
 
Spodziewałem się naprawdę przyzwoitego łojenia z klasą, a ta płyta brzmi jak tysiące innych średnich zespołów, które w tym gatunku próbują zaistnieć. Boję się to napisać, ale wydaje mi się iż słyszałem o wiele lepsze płyty metalowe nagrane przez amatorów z domu kultury albo przez zespoły grające w swoich piwnicach i garażach. Po takich nazwiskach oczekiwałem metalowej rzeźni jakichś doznań. A jedyne co mi przyszło do głowy po odsłuchaniu tej płytki to fakt, że lepiej niech te wielkie nazwiska skupią się na swoich macierzystych projektach, bo takie rozdrabnianie się nie sprzyja budowaniu i utrwalaniu ich legendy. Nawet ostatni na płycie cover „Paint It Black” wydaje się spartolony.  A tak długo czekałem na ta płytę. Takie apetyty były rozbudzone. Nazwa potężna, jak przywalą, jak ruszą pancernym zagonem.
 
 
Cóż Panzer X raczej nie wypalił. Zabrakło tej pancernej dywizji może paliwa, może amunicji i mimo sprawnych i wybitnych żołnierzy niewiele zwojował ten oddział. Ze skulonym ogonem niech uciekają za linię frontu, bo „Rudy 102” z Szarikiem ich pogoni tak jak to zrobili już raz pod Studziankami.
 
 

 

środa, 5 marca 2014

Antena Krzyku- Krzyczące Gitary


Jak widać i słychać płyta dodana do magazynu "Brum". Gitary faktycznie krzyczą, i nic nie słyszę. Strasznie alternatywnie podeszli włodarze pisma do tego zestawu. Rozumiem, że propmocja wytwórni czy też wydawnictwa, ale do mnie te kakafoniczne dźwięki nie trafiły. Zmęczyłem się okrutnie i idę się napic jakiegoś rokendrolowego browara. O na przykład jak tego na zdjęciu.
 
 
Dobrze, że zapas w lodówce jeszcze duży, bo nie daję rady do końca wysłuchać tej składanki. Wkładam zatem płytę na półkę gdzieś pomiędzy inne, mam nadzieję, że nie wpadnie mi ona w łapy ponownie za szybko. Wybrałem dwie rzeczy, które jeszcze jakoś mogę strawić. W końcu Something Like Elvis jest znakomity, a Alians trawię w postaci innej co prawda, ale niech będzie.
 
 

 

poniedziałek, 3 marca 2014

Closterkeller- Fin de siecle


No to koniec wieku nastał. Pamiętam to jak dziś. Wiek się skończył, Beksiński się zabił, Closterkeller nagrał płytę akustyczną. Dziwnie sie słuchało na początku tych closterowych klasyków zagranych bez prądu. Zawsze mi sie wydawało, że cala moc i piękno tych dźwięków właśnie pochodzi z klawiszy, mocnych gitar. Okazało się, że takich aranżacjach też te kompozycje mają swój urok.
 

Scarlett


 
Dobór utworów dobry, nie się dłuży, nie ciągnie. W każdym razie wyszli obronną ręką mierząc się z konwencją unplugged. Ale tak na dłuższą metę to wolę Clostera podpiętego do 230 V.
 
 
 
 

sobota, 1 marca 2014

Ścianka- Dni Wiatru

 

To był i jest szok. Ta płyta jest daleka od rocka jak ja od kościoła i polska piłka od mistrzowskiego poziomu. Awangarda pełna gębą. Tej płyty można się bać. Nie polecam odsłuchiwać jej podczas samotnych nocy. Nagromadzenie niepokojących dźwięków na minutę ogromna. Tajemniczość i mrok. Lubię takie składniki w muzyce, ale tu praktycznie jest tylko to. Jak dla mnie to za dużo. Rozochocony płytą "Białe Wakacje" i "Statek Kosmiczny" spodziewałem się po Ściance wszystkiego, ale nie to że będą penetrować obszary do tej pory odwiedzane raczej przez bywalców warszawskiej jesieni muzycznej.

 
 
 
Zimne dreszcze mnie przeszły po wysłuchaniu tego utworu, zapalę raczej sobie główne światło w pokoju, bo nie jestem pewien czy ktoś się nie czai za szafą. Nie wiem sam co mam myśleć o tym wydawnictwie, z jednej strony zawsze takie odloty mnie pociągały z drugiej strony, jak tu znaleźć w dzisiejszych czasach chwilę by się oddać w całości takim dźwiękom. Na stare lata chyba jednak wolę przysłowiowe trzy akrody i darcie mordy, a tu bez pełnego zaangażowania nie można się tej płycie dać wciągnąć.

 
Trzeźwym będąc słucham i słuchałem tego krążka zawsze. Może to błąd? Nie wiem, wiem tylko, że słucham tej pojechanej płyty bardzo rzadko.
 
 
 
Jedyny piosenkowy fragment to numer, który zresztą nie do końca trafia w mój gust i chyba nawet nie pasuje stylistycznie do tej płyty. Chociaż jest odtrutką po takim awangardowym daniu jakim były poprzedzające ją utwory na tej płycie.
 
 
 
Im dłużej słucham dzisiaj tego krążka tym bardziej mam ochotę na jakiś prostszy zestaw akordów. Nie chciałbym być na koncercie promującym ta płytę. Z całym szacunkiem dla artystów oczywiście.
 
Najlepszy numer na płycie: ***- to ani cenzura, ani żart. Tak się nazywa.

czwartek, 27 lutego 2014

Cotton Wing- Koncert- aNTena

 
 
aNTena, czyli Nowotomyska Scena Muzyczna podjęła się ciężkiej, ale przyjemnej pracy związanej z organizacją koncertów. Chcemy prezentować młode wartościowe zespoły jak i zapraszać do siebie gwiazdy polskiej muzyki rockowej. Dotychczas na deskach tej młodej, ale prężnej sceny wystąpili obok innych tacy wykonawcy jak młody i już uznany poznański oMniModo, blues rockowy 5 Rano czy też zakręcony Papa Musta & Menelse. Więcej o aNTenie na najwięszym portalu społeczościowym świata. Ale do rzeczy.
 
 
W ubiegły piątek przyszła pora na blues. To już kolejna odsłona aNTenowej działalności. Tym razem zaprosiliśmy do siebie zespół Cotton Wing z Trójmiasta. Dlaczego dopiero teraz piszę o koncertach jakie odbywają się pod tym szyldem w mojej rodzinnej miejscowości? Ano dlatego, że z pewną taką dozą nieśmiałości  uważałem, że nie do końca opisywanie takich spraw pasuje do tego bloga, ale w sumie co mi tam i napisałem. Zatem jak już napisałem z taka pewną dozą nieśmiałości i obaw podszedłem do tego koncertu. Patrzę na plakat i widzę  słowo "blues". Myślę sobie no tak, znów będzie przerobiony Dżem, "Sweet Home Alabama" albo inne wyświechtane numery, których nawet w oryginalnych wersjach nie jestem w stanie już słuchać.
 
 
Mimo iż gościliśmy już na naszej scenie kilka naprawdę niezłych składów, które raczyły nas swoimi dźwiękami i rozjaśniały mroki weekendowych wieczorów dając publiczności kontakt z żywą muzyką i zabawę, to tym razem jednak, to co zrobił na scenie Cotton Wing przeszło najśmielsze oczekiwania nie tylko jak zwykle licznie przybyłej publiczności, ale i samych organizatorów tego koncertu.





 
Tak to chyba był najlepszy jak do tej pory koncert zorganizowany pod egidą aNTeny. Swoją drogą sam zespół chyba też wydawał się trochę zaskoczony tak zywiołową reakcja publiczności, która praktycznie od początku ich występu ruszyła dziarsko pod scenę i już tam została do końca.



 
Pisanie banałów takich jak, że zespół zagrał profesjonalnie, że brzmiał genialnie, że każdy muzyk znał swój instrument jak własną kieszeń i wiedział co z nim robić to oczywista oczywistość. Wszyscy spodziewali się tradycyjnego bluesa, opartego głównie na powszechnie znanych i uznanych jego standardach. Juz sam repertuar był zaskoczeniem, bo panowie wybrali utwory znakomite, ale nieograne. To był według mnie ich największy atut. Wszystkie utwory jakie zagrali brzmiały jak standardy. Wszystko do tego było zagrane perfekcyjnie, z klasą i wyczuciem. Wokalista dogrywający sobie czasem na harmonijce ze znakomitym feelingiem i akcentem.


 
Sekcja zgrana i znakimicie napędzająca zespół. Oprócz bluesa dostaliśmy też trochę funku, soulu i ognistego blues- rocka. Piszę ognistego, bo dla mnie najaśniejszym chyba elementem tej układanki był gitarzysta. To co facet i jak wyczyniał z gitarą było pierwszorzędne. Żadnej nuty za dużo, każdy dźwięk idelanie pasował do nastroju utworu. solówki smaczne, bez popisywania się gibkością swoich palcy. I brzmienie gitary.

Cotton Wing- Black Coffee
 
Dawno nie słyszałem tak dobrze brzmiącej gitary. Trochę się podnieciłem pisząc tą krótką notkę o koncercie i zespole, ale możecie mi wierzyć, że to był wyjątkowy wieczór. Jeśli tylko zoabczycie w swoim mieście plakaty informujące, że Cotton Wing zawita do waszego miasta to pomni moich słów uderzajcie w ciemno na ten koncert. Z niecierpliwością czekam też na autorski materiał zespołu, który z tego co słyszałem cały czas jest grany, tworzony i nagrywany.

tak wyglądała scena na chwilę przed wejściem na nią Jerrego z Lasu

 
Poprzeczka jest postawiona dla następnych aNTenowych wykonawców bardzo wysoko i ciężko będzie komuś ją przeskoczyć.
 
Aaaa, bym zapomniał, jako support zagrał Jerry z Lasu czyli młody, zdolny choć jeszcze nieopierzony muzyk, który swoim oryginalnym kilkunastominutowym setem zaznaczył znacząco swoją obecność na lokalnej scenie muzycznej. Podobno posypały się nawet propozycje wspólnego grania. Tak to się dzieje w aNTenie!

 

wtorek, 25 lutego 2014

Izrael- 1991- suplement

 

Na początku mojego blogowania napisałem kilka nieskładnych zdań o tej płycie. Dzisiaj jej sobie słuchałem i z ciekawości poszukałem postu o tej płycie. Wstyd. To co napisałem wtedy było prawdą, owszem, ale te kilka zdań nabazgrolonych na kolanie są niewystarczające by docenić tak ważną płytę. Dodatkowo znalazłem też kilka materiałów prasowych, które szkoda by się zmarnowały. Zeskanowałem je zatem i umieszczę je w kolejnym odcinku suplementowych uzupełnień. Od razu zatem materiały prasowe.
 
 
"1991" nic się nei zestarzała i po dwudziestu latach ponad, nadal jej brzmienie jest miażdżące, a utwory powalające. Jak dla mnie to jedna z polskich płyt, które mają światowy poziom i bez wstydu mogę ją zabrać w podróż po świecie i prezentować ją innym narodom jako promocję naszej kultury. Ta płyta to dobro narodowe. Tak jak Grzegorz Kupczyk otrzymał medal od prezydenta za zasługi w krzewieniu metalu, tak Brylewski powinien dostać również jakieś odznaczenie za chociażby tą płytę, a takich "brylewskich" ponadczasowych płyt jeszcze bym bez trudu kilka znalazł.
 
 
 
Każda kompozycja pulsuje i buja znakomicie. Czego sobie nie włączę mam odjazd. Absolutny kult i mus. No i zapomniałem dodać, że traktowanie tej płyty jedynie w kategoriach regałowej produkcji było by uproszczeniem i krzywdziło by zespół. Jest tu energia muzyki reggae, ale opócz tego mnóstwo tu transu, rocka oraz innych stylistycznie podróży dźwiękowych.